Strona gwna Kontakt Mapa strony Kana RSS





Celebrator - imprezy fanw Depeche Mode





ARCHIWUM - WYWIADY
Wywiad z Dave
 Chloë Sevigny - Interview Magazine (07.2009)
Nazywa ich Czarnym Rojem. Takie przezwisko Dave Gahan, frontman Depeche Mode, nadał najbardziej obsesyjnym fanom, którzy wydają się poświęcać swoje całe życia na to by podążać za Depeche Mode. Gahan i jego koledzy z założonego w 1980 roku zespołu Depeche Mode, Martin Gore i Andrew Fletcher, tworzą muzykę dla wyrzutków. Ale zważywszy na niesamowitą popularność zespołu w ciągu ostatnich trzech dziesięcioleci, Czarny Rój może tak naprawdę przewyższać liczebnie zwykłych ludzi. Magia Depeche Mode sięga daleko głębiej niż tylko w nowofalową muzykę. Piszą piosenki, które są na tyle mocne by wypełnić śpiewem duże obiekty, ale jednocześnie mają w sobie wiele pokręconych ludzkich emocji, rodem z pamiętników (wielu fanów wybrałoby album "Black Celebration" jako ścieżkę dźwiękową ich dzieciństwa). Tej wiosny Gahan, Gore i Fletcher wydali swój 12 album "Sounds Of The Universe" i wyruszyli w światowe tournee, które dość szybko zostało przerwane gdy Gahan źle się poczuł w związku z problemami żołądkowymi. Ale Czarny Rój nie ma powodów do zmartwień: zespół wrócił na trasę i planuje jej kontynuację aż do końca roku.

Aktorka Chloë Sevigny jest wierną fanką Depeche Mode. Odkryła muzykę zespołu we wczesnej młodości w Connecticut i plakat Gahana zajmował honorowe miejsce na ścianie jej sypialni. Rozmawia z 47-letnim wokalistą o tym jak samotni nastolatkowie zostali bardzo popularnymi dorosłymi.

DG: Cześć Chloë.
CS: Cześć! Nie jesteś w Nowym Jorku?
DG: Niestety nie, jestem teraz w Londynie. Właśnie mieliśmy próby.
CS: Przygotowujecie się do trasy... Wiesz co, starałam się żeby zobaczyć Depeche Mode w czasie 101 kiedy byłam dzieckiem. No może trochę starszym dzieckiem.
DG: Miałaś pewnie z 5 lat lub coś w pobliżu. [śmieje się]
CS: Nie, miałam 14 albo 15 lat. Słuchałam sporo muzyki gdy dorastałam. Mój tata był na bieżąco, miałam też starszego brata. Ale Depeche Mode to pierwszy zespół który był tylko mój. Odkryłam go zupełnie sama.
DG: Super.
CS: Nie mogłam zebrać wystarczającej ilości pieniędzy by kupić bilety na koncert. Pensja dziecięcej opiekunki nie wystarczała. W okolicy był koleś, który włóczył się po parku, w którym dorastałam. Podobny był do Damone'a z Fast Times at Ridgemont High. Pamiętasz tą postać? Sprzedawał bilety na koncerty, trawkę i co tylko chciałeś. Jeździł Hondą CRX z naklejką stacji WDRE na zderzaku. Wsiadłam do jego auta i wyglądało to mniej więcej w ten sposób: "Masz jakieś bilety na Depeche Mode?". Odpowiedział: "Jasne, ale trochę kosztują". Nie miałam tyle, by mu zapłacić więc powiedział: "Jak zrobisz mi dobrze ręką to dam ci te bilety".
DG: Niemożliwe.
CS: Nie wiedziałam wtedy co to naprawdę oznacza - możesz mi wierzyć lub nie. Więc poszłam do przyjaciół w drugim samochodzie i powiedziałam: "Powiedział, że mi je da, jak zrobię mu dobrze ręką". Znajomi odpowiedzieli: "Nie, nie rób tego!"
DG: O mój Boże.
CS: Nie więc nie dałam rady zobaczyć 101, ale widziałam was od tego czasu wiele razy. Jedną z moich ulubionych rzeczy podczas oglądania was na żywo jest obserwowanie tego co robisz gdy nie śpiewasz. Gdy odsuwasz mikrofon od ust, mruczysz coś do siebie albo coś mówisz.
DG.[śmieje się] No tak, robię to, rzeczywiście.
CS: Zawsze zastanawia mnie co tam sobie mówisz. Czy czujesz się w jakiś sposób ograniczony przez piosenki i musisz je w jakiś sposób przerywać?
DG: Coś w tym jest. Właściwie to myślałem o tym wczoraj kiedy graliśmy, bo męczymy także moje solowe rzeczy. Mamy taki osobny zespół z chłopakami, których znam z Los Angeles: Martyn LeNoble, który gra na basie ze mną współpracował z Porno for Pyros, a Victor Indrizzo, mój perkusista, grał razem z Beck. Bardzo się to różni od rzeczy które robię z Depeche, gdzie wszystko ma już swoje ustalone miejsce. Jestem trochę nieprzewidywalny w tym zespole. I czasami denerwują mnie te wszystkie ograniczenia. To wszystko działa w sposób bardzo mocno zorganizowany.
CS: Ale na scenie jest wielka dynamika.
DG: Mam w sobie jakieś zwierzę. I ono wyrywa się z klatki.



CS: Kolejną ważną częścią koncertów jest wspólne śpiewanie z publicznością. Tłum zaczyna śpiewać. Czy słyszysz ich ze sceny? Czy są głośni?
DG: No jasne. Nie używam odsłuchów dousznych jak wielu innych artystów, ale wciąż mam głośnikowe odsłuchy na scenie, jestem trochę staromodny. Muszę słyszeć publiczność. Naprawdę lubię to uczucie wspólnoty. Jest w tym coś uduchowionego, w wielu wymiarach. Tak jakbyśmy robili to wszystko wspólnie. Naprawdę możesz usłyszeć publiczność, szczególnie w niektórych miejscach gdzie zamierzamy zagrać w czasie tej trasy. Zaczęliśmy w Tel Avivie, gdzie wystąpiliśmy na wielkim stadionie piłkarskim, coś jak 101. Ale tak jest w całej Europie. Nigdy do tej pory nie zrobiliśmy takiej pełnej trasy stadionowej jak teraz, więc będzie to pewnie szaleństwo. Wiem, że na kilku koncertach będzie niezła dzicz.
CS: Jakie miasta są najlepsze jeśli chodzi o fanów?
DG: Los Angeles zawsze jest świetne, jest coś specjalnego w tym mieście. Dla mnie także Nowy Jork jest ważny, moje rodzinne miasto. Nic nie równa się do grania w Madison Square Garden.
CS: Widziałam was w Madison Square Garden.
DG: Myślę, że tam zawsze jakoś mocniej się staram, bo to mój dom. Mam jakieś poczucie specjalnego obowiązku. Ale Los Angeles jest świetne. Trochę inaczej jest w Europie. Na przykład we Włoszech, wszyscy śpiewają i to nie tylko podczas piosenek, ale także pomiędzy nimi, jak na meczu. Mediolan jest świetny, Paryż jest fantastyczny. Trochę ciężko jest w Londynie, wszyscy mają tam nosy w górze i są zbyt pewni siebie.
CS: Tak, byłam tam na koncertach i też mam takie wrażenie.
DG: Czuję to tak, że gdy przyjeżdżam do Londynu wszystkie drzwi się przede mną zamykają. To już nie mój dom. Ale Polska jest szalona, Praga jest świetna, Budapeszt...
CS: Czy myślisz, że te wyobcowane dzieciaki, które przychodzą na koncerty w tych miastach w specjalny sposób doceniają zespół? Czuję jakby o wiele więcej pasji było w tych wszystkich degeneratach i wyrzutkach…
DG: Tak było zawsze. To zawsze były dzieciaki, które trochę odstawały w szkole, gdzie nie wszystko było zupełnie w porządku i które nie były takie jak inne dzieci.
CS: Tak, wiem coś o tym.
DG: Pamiętam, że jak sam byłem dzieckiem, potrafiłem to wszystko całkiem dobrze ukrywać. Miałem wiele różnych grup przyjaciół. Byli tacy, z którymi można było pójść na koncert albo dyskotekę, byli też tacy, z którymi można się było powłóczyć po ulicach i ukraść samochód. Nigdy nie wiązałem się z nikim na tyle długo, by ten ktoś mógł mnie w pełni poznać i to chyba taki szablom mojego życia. Myślę że Martin i ja byliśmy właśnie tacy. Dorastaliśmy w podobnej sytuacji, obaj mieliśmy ojczymów, których uważaliśmy za naszych ojców. Dorastaliśmy w podobny sposób, nie ufając nikomu. Więc widzisz, jest wielu takich ludzi dookoła i myślę, że muzyka Depeche Mode w jakiś sposób dociera do takich ekscentryków, do ludzi, którzy szukają czegoś innego niż wszyscy.
CS: Ale jak na grupę działającą na wyrzutków sprzedaliście strasznie dużo płyt.
DG: Wielu jest dziwaków dookoła. [oboje się śmieją]



CS: Chciałam zapytać o genezę twoich obrotów z mikrofonem. Kiedy to się zaczęło? Strasznie to kręci kobiety.
DG: Cóż, zaczęło się zanim jeszcze Martin zszedł do mnie na scenę z gitarą, gdy scena należała właściwie tylko do mnie. No czasami bywali tam tylko Alan, Fletch i Martin, ale wszyscy przy swoim sprzęcie, mieszając w elektronice. A ja sam byłem na dole, na samym przedzie. Więc musiałem stworzyć swój własny świat. Nie było problemów gdy graliśmy w małych klubach. Ale potem nagle mieliśmy scenę na 60 metrów i wyglądała ona strasznie pusto. No więc wpadłem w ten mój mały własny świat i zacząłem odgrywać każdą z piosenek nie tylko za pomocą głosu, ale także fizycznie. A statyw od mikrofonu został moim partnerem… Partnerem do tańca.
CS: Przepięknie tańczysz ze statywem. Czy nie kręci ci się w głowie po tych obrotach, czy może jak baletnica wpatrujesz się wtedy tylko w jedno miejsce?
DG: No tak, zaprzeczam grawitacji. Nie mam pojęcia jak udaje mi się czasami ustać, ale czasami wymyka się to spod kontroli. Zwykle potrzebuje kilku koncertów by znów się do tego przyzwyczaić. To niesamowite. Są różne rzeczy w czasie występów, które się na to wszystko składają. Jest tak, że gdybym pewnych rzeczy nie robił, nie miał bym poczucia dobrze wykonanej pracy.
CS: Ale nie wkładasz w to całego siebie.
DG: Teraz nie ma już powrotu. Kiedy zaczynałem, byłem niczym shoegazer. Byłem przerażony, zresztą wciąż jestem, ale po prostu lepiej wypełniam swoje zadania robiąc to wszystko. Wiele lat temu, gdy byłem nastolatkiem, najlepsze co mogłem zrobić to uwiesić się na mikrofonie i gapić się w podłogę. Ale przez lata tak rozwinąłem sposób włączania w to swojego ciała, że to naprawdę pomaga.
CS: Czytałam trochę w Internecie, że wskazałeś kilka piosenek, które być może zagracie w czasie trasy. Ciekawa jestem czy jest szansa, że zagracie „Stripped”.
DG: Tak, jest spora szansa że usłyszysz tę piosenkę. I kilka innych starszych także. W czasie prób graliśmy „Strangelove” i „Master And Servant”. To było w sumie naprawdę dziwne uczucie.
CS: Gdy wracacie do wykonywania tych wcześniejszych piosenek, jak choćby „Enjoy The Silence” czy „Blasphemous Rumours”, które są naprawdę głębokimi piosenkami, czy podchodzisz do ich sensu inaczej niż wtedy, gdy byłeś młodszy?
DG: Tak. Niektóre piosenki, jak „Enjoy The Silence”, według mnie zawsze się wpasują. W tej piosence jest coś, co powoduje, ze czas jej nie rusza i nigdy mnie ona nie nudzi ani nie czuję się przy niej zmuszany do czegokolwiek. W tej piosence wielki udział ma publiczność i to naprawdę pomaga. Także „Stripped” jest swego rodzaju hymnem i tłum się w nią mocno angażuje. To zawsze taka piosenka na podkreślenie czegoś.
CS: Taki wyciskacz łez. [Gahan śmieje się] Wiem, że gdy gram długo jakąś rolę, odkrywam nowe rzeczy kiedy mówię te same sentencje każdego wieczora. Ale ty grałeś te piosenki już naprawdę wiele razy. Musi być ciężko mieć zamiłowanie do tego.
DG: Czasami się tym przejmuję. Jeśli kiedykolwiek poczuję, że coś takiego się dzieje, po prostu powiem że już więcej tego nie będziemy robić. Nie chcę żeby zespół tego nienawidził albo wpadł w jakąś huśtawkę nastrojów, nostalgię czy coś takiego. W tym przecież powinno być coś wspaniałego. Tak jak rozumiem, że ludzie wciąż chodzą obejrzeć Stonesów. Widziałem ich w Nowym Jorku, w Beacon Theater, gdy Martin Scorsese kręcił o nich dokument i naprawdę byli tak nieźli, że rozłożyli mnie na łopatki. Ale jednocześnie pomyślałem sobie: Nie, nie chcę robić tego gdy będę taki stary. [śmieje się]
CS: Czuję że stopniowo, od wcześniejszych nagrań aż do dzisiaj, wasze dźwięki stawały się może nie bardziej mroczne, ale na pewno bardziej męskie, mniej taneczne. Czy to była świadoma decyzja?
DG: Myślę że to przyszło naturalnie. Wchodząc do studia by nagrać „Sounds Of The Universe” mieliśmy więcej napisanych piosenek niż kiedykolwiek wcześniej, więc postaraliśmy się nagrać wszystkie te kawałki i z nich dopiero stworzyć album. Wciąż myślę o tym jako o naprawdę pełnym albumie. Myślę też, że ma wyraźne dwie strony, pierwsza strona ma początek i koniec, dopiero wtedy zaczyna się strona druga. Ale dla wielu piosenek, w znaczeniu instrumentalnym, wróciliśmy trochę do starych czasów, dosyć tanecznych zresztą. Wokalnie naprawdę lubię zagłębiać się w swoim mrocznym ja. Lubię uczucie zbawienia w piosence, kiedy muzyka i melodia wynoszą cię wysoko z mrocznych głębin. Nawet jeśli słowa piosenki są dosyć mroczne i pokręcone, lubię melodię która cię wznosi. Muzyka może to zrobić. Wciąż wierny jestem poglądowi, że nagranie jest w stanie zmienić sposób odczuwania rzeczy. To jedyna rzecz, która dzieje się właściwie natychmiast, bez żadnych konsekwencji. [śmieje się]
CS: Mogę zapytać o twoje koncertowe ubrania? Moda to jedno z moich największych hobby.
DG: Jasne, zauważyłem że zawsze nosisz naprawdę świetne ciuchy.
CS: Wydaje mi się, że wcześniej nosiłeś ubrania od Gautiera, prawda?
DG: Tak jest, masz rację.
CS: A Martin był bardziej w klimatach sado-maso. Czy kiedykolwiek miałeś projektanta, który przygotowywał dla ciebie ubrania na scenę, czy to raczej wszystko twoje pomysły?
DG: O nie, wszyscy raczej mamy swoje własne rzeczy. Wciąż się tego trzymamy. I nawet jeśli usiądę z kimś by pomyśleć co powinienem założyć, jak powinna wyglądać moja marynarka czy coś, siadamy razem, rysujemy coś i to ja wybieram tkaniny. Naprawdę to lubię. W sumie chodziłem do szkoły artystycznej i dopiero na trzecim roku ją rzuciłem. Ale jednym z przedmiotów, które ciągnąłem naprawdę długo była moda. No ale może było tak dlatego, że wśród uczestników zajęć oprócz mnie był jeszcze tylko jeden facet – Iver, reszta to były dziewczyny, więc zwracaliśmy na siebie uwagę.
CS: [śmieje się] Kogo zatrudniasz by uszył twoje garnitury?
DG: W czasie ostatniej trasy nad projektami pracował ze mną Johan Lindeberg. W czasie tego tournee pracowałem z nowojorską dziewczyną, April Johnson. Jest stylistką więc razem narysowaliśmy parę rzeczy. Także Martin ma całkiem niezłe ciuchy. Ale dał spokój ze skrzydłami. Pomyślał w końcu, że czas z nimi skończyć.
CS: Obaj zawsze wyglądaliście świetnie, nie jak reszta w śmiesznych golfach, długich spodniach i skórzanych kurtkach...
DG: No tak. Na początku było fajnie, po prostu brało się rzeczy ze sklepów z używaną odzieżą i składało do kupy. Nigdy tak naprawdę nie mieliśmy pieniędzy. Jak tylko udało nam się coś zarobić, pierwszą rzeczą jaką robiliśmy było kupowanie drogich ciuchów, skórzana kurtka od Jean-Paula Gautiera, albo cos takiego. [śmieje się]
CS: Czy nosisz te same rzeczy na każdym koncercie, czy może mieszasz różne zestawy?
DG: Mieszam, noszę różne rzeczy, ale kiedy coś mi się bardzo spodoba, mam wtedy cztery jednakowe komplety ubrań bo naprawdę lubię w pełni się w coś zaangażować. I kiedy już w to wchodzę, ciężko się z tego wyrwać – więc zostaję taki sam. Piosenki Depeche Mode są dla mnie bardzo opisowe. Według mnie opowiadają całe historie o kimś, kto stara się zbawić samego siebie lub znaleźć coś, w co mógłby wierzyć – swego rodzaju wiara i nadzieja. Zwykle opisujemy to w raczej destrukcyjny sposób, ale czasami wychodzi też ta inna strona całości.



CS: Ile masz dzieci?
DG: Mam syna, który ma 21 lat, więc już nie takiego młodego. To już prawdziwy facet. Mam też 16-letniego pasierba, ma na imię Jimmy. No i córka, 9 lat, Stella Rose.
CS: Ciekawa jestem – jeden z synów Nicka Cave’a pracuje teraz jako model, gdzieś w okolicy i wszystkie te dzieciaki słynnych ludzi mieszkają tu w Nowym Jorku, wchodzą powoli w biznes albo mając problemy emocjonalne robią dziwne rzeczy. Czy starasz się pokierować swoimi dziećmi tak by im tego oszczędzić?
DG: No tak, mój starszy syn mieszka w Londynie i trochę siedzi w branży muzycznej, robi jakieś swoje projekty i z tego co wiem chce zajmować się muzyką. Pracuje dla promotora. A mój syn w Nowym Jorku, Jimmy, interesuje się raczej koszykówką. Wszystko przez Knicksów.
CS: Nigdy nie widziałam cię na meczu Knicksów, a chodzę na każdy.
DG: Chodzę tylko czasami. Ale Jim jest zawsze. Gra w koszykówkę jest trochę jak bycie w zespole rock’n’rollowym. Wymaga dyscypliny by się w to zaangażować i robić coś każdego wieczora.
CS: Gra w zespole to jak bycie sportowcem.
DG: Tak. Mocno się staram na każdym koncercie i jestem z siebie dumny z tego powodu. Często chodzę na różne koncerty i czasami czuje się zawiedziony. Jest kilku wykonawców, którzy według mnie są naprawdę świetni – choćby Nick Cave czy Iggy Pop. Oni po prostu całym sobą angażują się w koncert. A potem idziesz na coś innego i widzisz ludzi, którzy nie przykładają się wcale.
CS: Ja często jestem mocno zafascynowana różnymi gwiazdami. Spotkałam w Londynie Siouxsie Sioux i ona jest dla mnie swego rodzaju bohaterką, jakby ikoną.
DG: Ja czuję się trochę zastraszony przez ludzi takich jak ona. Jest naprawdę onieśmielająca. Jakby zaraz miała dać ci klapsa.
CS: No ale pogadajmy o zrobieniu naprawdę dobrego show.
DG: Jest naprawdę wspaniała. Zwykle czuję się przerażony, gdy spotykam ludzi dla których mam szacunek i których lubię. Spotkałem kiedyś Davida Bowie i byłem przerażony bo myślałem sobie co się stanie gdy go nie polubię? Ale był naprawdę miły. Było całkiem fajnie. Jestem wielkim fanem Bowiego. Wciąż wracam do jego kawałków. Wiem, że w specyficznym nastroju mogę posłuchać Ziggy Stardust (1972) albo Aladdin Sane (1973) i mój nastrój się zmieni całkowicie. Ta muzyka zabiera mnie w miejsca, w których chciałem być gdy miałem kilkanaście lat. Tak jakbym chciał być tam gdzie był Bowie.
CS: Dlatego też myślę, że ciągłe wykonywanie tych piosenek na żywo, jeśli zagrałeś je już naprawdę wiele razy, jest bardzo ważne dla fanów. Przenosi ich znów w czasy dzieciństwa.
DG: To prawda. Dlatego też staram się wtedy mocno skupić. Tak jakbym czuł, że dziś nie mogę czegoś zrobić, albo myślał o rzeczach takich jak obsługa w hotelu czy tego typu sprawy [Sevigny śmieje się] by na moment zasnąć, a za chwilę wrócić do rzeczywistości – naprawdę ciężko jest ignorować fanów Depeche Mode. Oni naprawdę wiele od ciebie wymagają. Takie właśnie są nasze koncerty. To wysiłek dla obu stron. I jak zawsze mówię z ich strony nawet większy niż dla nas. Tak było zawsze i pewnie pozostanie na długo, gdy już odejdziemy.
CS: Macie szalonych i fanatycznych fanów.
DG: Tak, czasami to trochę przerażające. Nazywamy ich Czarnym Rojem.
CS: Podoba mi się! Morrissey nazywa swoich najwierniejszych fanów Nieregularnymi Regularnościami.
DG: [śmieje się] My mamy Czarny Rój i szczególnie w Europie zobaczysz ich na każdym koncercie. Nie mam pojęcia czym się zajmują. Pewnie gdzieś pracują, a gdy ogłaszamy trasę koncertową kupują bilety na każdy koncert.
CS: Stoją pod hotelem i tak dalej?
DG: Niektórzy z nich. Są całkiem fajni, więc trochę się o nich troszczymy. Niektórzy z nich są jednak trochę stuknięci ale przez lata nauczyli się, że wyczucie czasu jest bardzo ważne. Chodzi mi o to, że kiedy jestem gdzieś z rodziną, nie chcę mieć z nimi do czynienia. Czuję się bardzo opiekuńczy w stosunku do moich dzieci. Chłopcy mogą się sami o siebie zatroszczyć, ale nie chcę tego wszystkiego dookoła mojej żony i córki. Kiedy przekraczają tą granicę mogę stać się mocno zdenerwowany.
CS: Gdy mówisz, że trochę się o nich troszczycie, czy pomagacie im z biletami?
DG: Jasne, szczególnie tym, którzy sporo podróżują. Wiesz, nie mają biletów i starasz się jakoś im pomóc. Czasami wsadzamy ich do pociągu czy samolotu by pomóc im dostać się na następny koncert.
CS: Czarny Rój, uwielbiam to.

Chloë Sevigny jest francusko-polskiego pochodzenia aktorką nominowaną do Oscara i Złotego Globu, udziela się także jako projektantka mody.

Zdjęcia: Willy Vanderperre
Strona gwna Do gry
Copyright © 2005-2017 Modern Mode
Realizacja : DIALNET
strona gwna /  news /  zesp /  dyskografia /  galeria /  teksty /  fani /  archiwum /  strona